W marcowym wydaniu ,,Książek. Magazynu do Czytania" ukazał się artykuł Miłady Jędrysik pod tytułem E-book masowego rażenia. Autorka, zaalarmowana doniesieniami amerykańskich mediów o rzekomym spadku popularności książek elektronicznych, postanowiła opisać przemiany rynku wydawniczego i nowe formy czytelnictwa na Zachodzie. Nie przesądzając ani o przyszłości książek papierowych, ani o losie e-booków, Jędrysik sportretowała kulturę czytania w dobie Internetu i elektroniki, przyglądając się jej z różnych stron i rozsądnie ważąc racje. Pisząc o demokratyzacji literatury w wyniku darmowych praktyk self-publishingu, uczciwie zwróciła uwagę na niebezpieczeństwo powodzi bezwartościowego ,,chłamu", której w żaden sposób nie będzie można opanować. Dostrzegając korzyści płynące ze śmierci ,,obmierzłego besserwissera", ,,aroganckiego autora" i ,,tendencyjnego redaktora" (a zatem wszystkich figur kojarzonych z tradycyjnym wydawnictwem), szczerze przyznała, że owa śmierć może prowadzić w ślepą uliczkę kończącą się powszechnym ogłupieniem społeczeństwa.
Na gruncie prasowej publicystyki debata o przyszłości papierowych i elektronicznych książek krąży zazwyczaj wokół jednego (mocno już wyeksploatowanego) tematu: nowego oblicza czytelniczego i wydawniczego egalitaryzmu. Jędrysik sprawnie streszcza najważniejsze argumenty obu stron sporu. Pokazuje, jak działa tzw. zbiorowa redakcja czytelników fan fiction i jak łatwo – z pominięciem całego obiegu wydawniczego – wydać dziś w książkę w formie elektronicznej, a jednocześnie przepowiada możliwą przyszłość, w której rozeznanie się w tym, co literacko wartościowe, z powodu ilości danych przerośnie możliwości najlepszych krytyków, a gust będzie jeszcze bardziej umasowiony.
Zalet e-booków jest wiele: łatwo mogą stać się hipertekstami umożliwiającymi dodawanie do świata przedstawionego w książce kolejne poziomy (nie)rzeczywistości (jak w przypadku Snu Aksolotla Jacka Dukaja), pozwalają na zgromadzenie biblioteki w małym urządzeniu, niewiele ważą (w sensie informatycznym; w sensie fizycznym nie ważą bowiem w ogóle) i zazwyczaj są tańsze. Sam muszę przyznać, że zdarza mi się z nich korzystać: kiedy zbliża się ważny deadline, a księgarnia internetowa oferuje wysyłkę książki papierowej w ciągu tygodnia, kiedy zamówienie papierowego tytułu zza oceanu przekracza moje możliwości finansowe albo kiedy nakład się wyczerpał, a portale aukcyjne oferują wyłącznie fatalnie zniszczone egzemplarze.
Zalet jest wiele, ale nie znaczy to, że e-booki kiedykolwiek wyprą książki drukowane. Te drugie oferują coś, czego do tej pory próżno oczekiwać po lekturze elektronicznych wersji. Chodzi o projekt architektoniczny, pomysł typograficzny, paginację i papier. E-booki, odpowiadając na wszechobecną modę personalizacji, umożliwiają na manipulowanie wszystkim, czym tylko się da. Krojem liter, ich wielkością, liczbą stron, łamaniem wierszy itd. Kiedy tekst pojmowany był jako platońska idea, niematerialna i unosząca się w próżni, może nie wydawało się to takie ważne. Z pewnością stało się ważne po poezjach Mallarmégo, Finnegans Wake Joyce'a (gdzie liczba stron musi wynosić dokładnie 628) i próbach poetów konkretnych. Czy możemy wyobrazić sobie reakcję znawcy Joyce'a, który widzi właściciela Kindle'a manipulującego wielkością czcionki (a w konsekwencji liczbą stron) w elektronicznym wydaniu Finnegans Wake? Przypomina wówczas zapewne ortodoksyjnego Żyda, który chwyta się za głowę na wieść, że ktoś zniekształcił treść Tory albo usunął z niej jedną literę.
Ortodoksyjnego Żyda oburzyłaby manipulacja na poziomie samego tekstu, znawcę Joyce'a – na poziomie architektury dzieła literackiego. Bowiem nośnik naprawdę jest istotny. Z natury niechlujne e-booki w starciu z tradycyjną formą kodeksowej książki odpadają jeszcze przed startem. Idea Księgi jako tekstu świętego (stara, ale jednak ciągle żywa, bo obecna nie tylko u Schulza i Borgesa, ale także choćby u Tokarczuk), w którym wielkość i krój liter, liczba stron oraz paginacja nie pozostają bez znaczenia, nadal ma wzięcie. Całe szczęście.